
Czwórka młodych muzyków z Coventry (Wielka Brytania) w 1971 roku jako Still Life nagrali i wydali swój jak się potem okazało jedyny album, zatytułowany po prostu „Still Life”, choć muzycy działali od `1968 roku, ale pod inna nazwą. Muzyka została nagrana w Nova Sound Recording Studios, nieopodal Marble Arch w Londynie w sześciu podejściach w dniach 1, 2, 3, 5, 6 oraz 13 października 1970. Album został zmiksowany 26 października w 1970 roku, a producentem płyty był Stephen Shane, która jak już wcześniej wspominałem, została wydana przez Vertigo Records. Krytycy muzyczni przyznali, że muzykę, która pojawiła się na płycie „Still Life”, trzeba zaliczyć do jednych z wcześniejszych prób rocka progresywnego (tak zwany proto-progrock), zdominowanego przez organy Hammonda, z elementami hard rocka wspartymi lirycznymi motywami poszczególnych linii melodycznych oraz tekstowych. W zestawie instrumentów, które użyto podczas nagrywania albumu nie ma gitary elektrycznej (w kilku tylko fragmentach pojawia się gitara akustyczna), zatem oparcie linii melodycznej tylko na organach było przedsięwzięciem może nie nowatorskim, ale na pewno odważnym i dość ryzykownym. Tę niezwykłą lirykę w muzyce i tekście słychać przede wszystkim w pięknej kompozycji „Don`t Go”, gdzie na pierwszym planie przepięknie snują się dźwięki organów Hammonda, by za moment wzmocnić dźwięk z wyczuciem zaprezentowaną sekcją rytmiczną. Moim zdaniem „Don`t Go” to jedna z ciekawszych kompozycji nie tylko na tej wyjątkowej płycie.
Muzyczne menu rozpoczyna „People In Black”, psychodeliczny początek z linią melodyczną fletu i akustycznej gitary z mocnym śpiewem Martina Cure, przekształca się w ciekawie budowaną konwencję progresywną z domieszką mocniejszych fragmentów brzmieniowych, napędzanych doskonale przez organy Hammonda. W kolejnych utworach muzycy nie zwalniają tempa ani nie obniżają poziomu. „October Witches” to z kolei popis niezwykle wysokich umiejętności nie tylko kompozytorskich jak również artystycznych Terry`ego Howellsa, który umiejętnie łączy partie organowe z fortepianem. Podobnie niezwykle ciekawie brzmi muzyka na „Love Song No 6 (I Will Never Love You Girl)” gdzie ponownie subtelnie wplecione są dźwięki gitary akustycznej i fortepianu, jakby w ukryciu, gdzieś z tyło za pierwszoplanową rolą organów Hammonda i sekcji rytmicznej z niezwykle uczuciowym i słychać to ekspresyjnym, oddającym atmosferę utworu i tekstu śpiewem Martina Cure. Z kolei „Dreams” przypomina mi, choć to nie jest żaden zarzut, wczesną twórczość Deep Purple. Takimi wariacjami na temat mógł się wtedy pochwalić jedynie Jon Lord. Jak słychać jednak, może to zabrzmi trochę obrazoburczo, nie tylko ten wspaniały muzyk, ikona muzyki rockowej miał patent na takie granie w tamtych czasach. Kończący utwór zatytułowany „Time” jest jakby klamrą, stylistyczną i nawiązuje swoim konstrukcyjnym rozwiązaniem do wcześniejszych kompozycji, choć trzeba przyznać, że utwór jest utrzymany w bardziej w konwencji hard rockowej, jednak, co warto podkreślić, z częstymi zmianami tempa. Muzyka zaprezentowana przez zespół na ich debiutanckim albumie nietstety nie została doceniona ani porzez słuchaczy, ani przez recenzentów. Najprawdopodobniej efektem słabej sprzedaży krążka było kompletny brak działań promocyjnych ze strony wytwórni. Słaba sprzedaż płyty, a co za tym idzie także brak koncertów spowodowało, że grupa po prostu się rozpadła, a muzycy Still Life poszukali swojego artystycznego miejsca w innych zespołach.
Podziękowania dla Pana Piotra za korekty w biografii grupy!
Ponadczasowy Still Life
- Szczegóły
- Andrzej Kusy
- Kategoria: Płyty - recenzje
- Odsłony: 865




